dopadły mnie ostatnio przemyślenia ( studia powodują,że człowiek albo czuje się mądrzejszy albo zdaje sobie sprawę jakim jest głupkiem. wybrałam to pierwsze,haha...) . na jaki temat? zapytałby ktoś, jeśliby to czytał. ale nikt nie pyta, więc muszę odpowiedzieć sama sobie. otóż na temat przyjaźni - temat który w moim życiu nigdy nie był tematem smutnym ani drażniącym. Przyjaźń jawiła mi się jako coś niesamowicie trwałego, wprost niezniszczalnego, co, pielęgnowane, pozostaje na całe życie. nie to,że już tak nie myślę. chcę tak myśleć. nie sądziłam nigdy, że to ja się zawiodę. zawsze myślałam, że jestem szczęściarą, że chyba nikt nie ma tak dobrze jak ja. każdy mógł nam zazdrościć trwałej i wspaniałej przyjaźni, wzajemnego zrozumienia i dbałości o relacje. zawsze byłam dumna z wieloletnich przyjaźni, które zawiązane w dzieciństwie trwają, bądź trwały do dziś. ano właśnie, trwały... każdy powie czym się przejmujesz? masz ich jeszcze trzy czy cztery, a ślęczysz nad tą jedną straconą. sama nie wiem, czym się przejmuję. czy w ogóle na dzień dzisiejszy się przejmuję. myślę, że w głębi serca tak, choć straciłam już całą nadzieję. szczerze mówiąc, gdy ta przyjaźń się skończyła, czułam się porzucona jak po każdym parszywym związku. oficjalnie ja ją zakończyłam, nieoficjalnie nie było jej już dużo wcześniej... co ją zniszczyło? brak czasu, zainteresowania, jakiegokolwiek współczucia. zaczął się egoizm i chłód. być może ona sobie tego nie uświadamiała, być może nie chciała uświadamiać, a może i do dziś nie uświadamia sobie tego, że tak naprawdę to ona zakończyła ponad dziesięcioletnią przyjaźń. zaniedbaniem. czy mam prawo się żalić po tak długim czasie? nie wiem. nie mam nadziei na jakąkolwiek reaktywację, nie wiem nawet czy jej chcę. nawet jeśli połowa serca chce, to drugie pół i rozum mówią, że nic się nie zmieni, że wszystko będzie tak zimne i niewarte jak to ostatnie pół roku spędzone w przyjaźni.
być może jestem zbyt wymagająca lub trudna w pożyciu, nie wiem. sądzę, że gdyby tak było nie zostałby przy mnie już nikt...
skoro już zaczęłam negatywnie, skończę pozytywnie...
tamta przyjaźń złamała moje optymistyczne podejście do relacji międzyludzkich, jednak kobietki, które przy mnie pozostały udowadniają, że przyjaźń nie musi kończyć się źle, nie musi kończyć się wcale. chcę wierzyć, że jako stare babcie z hemoroidami pójdziemy razem na drina. chcę wierzyć, że będziecie przy mnie zawsze, będziecie moim świadkiem, matką chrzestną moich dzieci, będziecie częścią mojej rodziny. chcę wierzyć, że zawsze będziemy się rozumieć tak jak teraz i pokonamy przeciwności, jak zawsze to robiłyśmy. chcę wierzyć, że w biegu życia zawsze znajdziemy dla siebie czas, że pośród tylu spraw, które trzeba zrobić znajdziemy miejsce dla zainteresowania sobą. w końcu chcę wierzyć, że już nigdy nie będziemy musiały się pocieszać, a jedynie cieszyć naszym szczęściem.
pamiętajcie, dbajcie o przyjaźń. często jest to trwalsze niż miłość. gdyby można było, brałabym śluby z przyjaciółkami. i chcę wierzyć, że nie byłoby rozwodów:)
1 komentarz:
Widziałaś przecież- z paczką szedłem. W środku miałem kilogram trotylu i trochę materiałów wybuchowych, niosłem je do szkoły.
Allah akbar! :D
Prześlij komentarz